poniedziałek, 22 lipca 2013
Inaczej boli
Po wypadzie na skały doświadczyłem tego co pewnie dla wszystkich jest oczywiste ale dla mnie do ostatniego piątku nie było - wspinając się w skałach całkiem inaczej bolą mięśnie. Wspinałem się po czterech trasach zaledwie a na drugi dzień wszystko mnie bolało ale w jakichś innych rejonach niż po sztucznej ścianie. Bolały łapy inaczej, plecy inaczej a nawet nogi. To jest to o co chodzi. Mam nadzieję, że uda mi się częściej wypadać na skały bo tylko tam można naprawdę trenować wspinanie. Teraz aż mi się nie chce na sztuczną chodzić bo fun na prawdziwych skałach jest o niebo większy.
piątek, 19 lipca 2013
Zapach wapienia
Stało się. Dzisiaj po pracy około 17 wyjechaliśmy do dolinki Kobylańskiej. Zaparkowaliśmy na małym parkingu i po niedługim czasie byliśmy w trójkę w centralnej części doliny. Wybór padł na coś prostego (na szczęście). Podeszliśmy pod Turnię Marcinkiewicza (i tam pod Rysę Marcinkiewicza o trudności V). Oj zmieniło się od moich czasów wiele przy tej skałce. Kiedyś nie było tam tylu krzaków i drzewek a teraz istna dżungla (pewnie z kleszczami i boreliozą :)). Podeszliśmy. Patrzymy do przewodnika i jest jedna droga dobra do prowadzenia - Rysa Marcinkiewicza taki klasyk z 1938 roku. Chwile pooglądałem ringi (ładne nowoczesne) i decyzja o wspince z dolną aby potem rzucić wędkę. I się zaczęło. Pierwszy kontakt z wapieniem i z realną skałą w ogóle od bardzo długiego czasu. Kontakt ten był naprawdę ciekawy. Pierwsza wpinka zaraz po wstępnych rzęchach potem do góry. Oj inaczej się wspina w realu. Szukanie czegoś do chwycenia i do postawienia nogi powodowało dużo szybsze wyczerpanie. Do drugiej wpinki było w miarę luźno. Trzecia wpinka przyprawiła mnie jednak o lekki paraliż - byłem tak ze 40 centymetrów nad drugą i tak mnie ścięło, że każdy ruch wydawał się ze dwa razy trudniejszy niż był w rzeczywistości. Wykonywałem jakieś nienaturalne ruchy tracąc przy tym niepotrzebnie siły. Miałem moment zawahania czy przeć do góry czy jednak nie (tak mi się zdawało, że jak tutaj odpadnę to luz na linie, wysokość nad przelotem i samo wpinanie się da locik do tych rzęchów na dole). Ale jednak podążyłem do góry i już po chwili trzymałem w rękach coś tak potężnego, że cały strach minął. Wpiąłem się i odetchnąłem. Potem (pomijając mrowisko w połowie ściany) już luzik do samej góry. Zapięcie się na auto, przewleczenie liny statyka przez karabinek własny oraz przez ringa (wędka działała na naszym karabinku coby nie niszczyć pierścienia zjazdowego). Zjazd. Niesamowite wrażenia jakbym nigdy wcześniej nie wspinał się w prawdziwych skałach.
Potem na wędce koledzy poszaleli na trasie. Ja też jeszcze raz się przystawiłem na tej samej drodze i już lepiej - gdy psycha nie płata figli człowiek wykorzystuje różne ruchy do optymalnego wspinania i wszystko idzie gładko.
Z doświadczeń dzisiejszego dnia jest jedno bardzo ważne aby zaufać stopniom na których stawia się nogę. Początkowo wydaje się, że jest tak wyślizgane, że to nie ma prawa stać ale gdy się dociąży nogę to już siedzi i się noga nie ślizga (w końcu buty nie od parady mają zajebistą gumę).
I jeszcze jedno sentymentalne doświadczenie - po wspince w realnej skale na rękach pozostaje taki specyficzny zapach (jakaś mieszanka magnezji, wapienia, dotykania sprzętu wspinaczkowego, potów innych ludzi wspinających się itd). Kiedy ostatni raz to czułem dokładnie nie określę ale odżyły ponownie wspomnienia.
Z mniej przyjemnych doświadczeń to w tych krzaczorach troszeczkę cięły komary. Nawet nie troszeczkę ale dość znacznie.
Zrobiliśmy jeszcze drugą traskę obok Filarek Marcinkiewicza (V+) z prawej strony od ryski i to wszystko. Zaczęło robić się ciemno i postanowiliśmy zwijać się do domu.
Wrażenia były nierealnie pozytywne - to nie to samo co sztuczna ściana. I w końcu po tylu miesiącach udało się na realne skały wyjechać.
Kolejny mały kroczek do Chińskiego wykonany.
Potem na wędce koledzy poszaleli na trasie. Ja też jeszcze raz się przystawiłem na tej samej drodze i już lepiej - gdy psycha nie płata figli człowiek wykorzystuje różne ruchy do optymalnego wspinania i wszystko idzie gładko.
Z doświadczeń dzisiejszego dnia jest jedno bardzo ważne aby zaufać stopniom na których stawia się nogę. Początkowo wydaje się, że jest tak wyślizgane, że to nie ma prawa stać ale gdy się dociąży nogę to już siedzi i się noga nie ślizga (w końcu buty nie od parady mają zajebistą gumę).
I jeszcze jedno sentymentalne doświadczenie - po wspince w realnej skale na rękach pozostaje taki specyficzny zapach (jakaś mieszanka magnezji, wapienia, dotykania sprzętu wspinaczkowego, potów innych ludzi wspinających się itd). Kiedy ostatni raz to czułem dokładnie nie określę ale odżyły ponownie wspomnienia.
Z mniej przyjemnych doświadczeń to w tych krzaczorach troszeczkę cięły komary. Nawet nie troszeczkę ale dość znacznie.
Zrobiliśmy jeszcze drugą traskę obok Filarek Marcinkiewicza (V+) z prawej strony od ryski i to wszystko. Zaczęło robić się ciemno i postanowiliśmy zwijać się do domu.
Wrażenia były nierealnie pozytywne - to nie to samo co sztuczna ściana. I w końcu po tylu miesiącach udało się na realne skały wyjechać.
Kolejny mały kroczek do Chińskiego wykonany.
Waga załatwiona
Po wczorajszym wypadzie na sztuczną waga natychmiast wróciła do normy - 74,1 kg rano na wadze a jeszcze dzień wcześniej było 75,2 kg. Znowu jestem w granicach minimalnej osiągniętej wagi czyli 73,4 kg. To cieszy, mam już nad tym kontrolę całkowitą. Chciałbym mieć taką kontrolę w granicach 72 do 73 ale to już trudniej jak widzę bo w granicach 73 - 74 bujam się już ponad miesiąc i nie idzie w dół.
Po wczorajszym wyjściu prawie zerowe zakwasy. Muszę na najbliższe dni wymyślić jakiś fajny trening, który ponownie nadszarpnie włókna mięśniowe i pozwoli wspiąć się na wyższy poziom powera. Power jak na moje aktualne możliwości jest fajny - wczoraj jeszcze po przyjściu ze ścianki walnąłem 10 podciągnięć testowych i poszło w miarę na luzie.
Po wczorajszym wyjściu prawie zerowe zakwasy. Muszę na najbliższe dni wymyślić jakiś fajny trening, który ponownie nadszarpnie włókna mięśniowe i pozwoli wspiąć się na wyższy poziom powera. Power jak na moje aktualne możliwości jest fajny - wczoraj jeszcze po przyjściu ze ścianki walnąłem 10 podciągnięć testowych i poszło w miarę na luzie.
czwartek, 18 lipca 2013
Dobrze jest
Byłem, sprawdziłem, powspinałem się i .....
Jest nawet lepiej niż dobrze. Na trasach sprzed dwóch tygodni frunięcie bez najmniejszego czucia czegokolwiek w rączkach (no może na takiej jednej VI.1 na końcu minimalnie ale to prawie nic). Jest power i podstawa do skoku do przodu - teraz po regeneracji trzeba dopakować dalej.
Jest też lekkie wnerwienie. Wziąłem na tapetę takie jedno VI.1+ i dochodzę wesoło do połowy i tam znowu to samo co kiedyś - nagle bariera absolutnej niemożności przejścia. Albo to bardzo patenciarskie miejsce, albo wycena jest do dupy. Ten plus w stosunku do innego VI.1 bez plusa jest kolosalnie znaczący :). Możliwe, że goście tam coś kręcą z tymi drogami w ramach zawodów itp albo nie potrafią dobrze wycenić drogi. Zbyt duży skok trudności ewidentnie. To nie jest tak, że na VI.1 jakoś tam trochę stęknę i przełażę a na VI.1+ stękam bardziej albo dużo bardziej i odpadam. Tam nawet nie stękam bo się nie da postękać - wcześniej jest zapora nie do pokonania :). Coś może być na rzeczy z tym kręceniem chwytów bo inna trasa ponoć została zubożona o dwa chwyty i była to V+ a nagle zrobiła się z deka trudniejsza :).
No nic szkoda, chciałbym mieć wiarygodne źródło postępów w postaci zrobionej co pewien czas trudniejszej drogi (ale trudniejszej stopniowo). Na moje wyczucie różnice pomiędzy VI.1 a VI.1+ są jednak mniejsze niż te, na które natrafiam. Na razie jedynym super miarodajnym wyznacznikiem postępu są moje proste parametry typu zwisanie na drążku, waga, podciąganie itp (oczywiście to tylko elementy postępu siły, wytrzymałości itp).
A jutro jak się uda wypad na skały z prawdziwego wapienia :). Trochę się lękam co to będzie.
Jest nawet lepiej niż dobrze. Na trasach sprzed dwóch tygodni frunięcie bez najmniejszego czucia czegokolwiek w rączkach (no może na takiej jednej VI.1 na końcu minimalnie ale to prawie nic). Jest power i podstawa do skoku do przodu - teraz po regeneracji trzeba dopakować dalej.
Jest też lekkie wnerwienie. Wziąłem na tapetę takie jedno VI.1+ i dochodzę wesoło do połowy i tam znowu to samo co kiedyś - nagle bariera absolutnej niemożności przejścia. Albo to bardzo patenciarskie miejsce, albo wycena jest do dupy. Ten plus w stosunku do innego VI.1 bez plusa jest kolosalnie znaczący :). Możliwe, że goście tam coś kręcą z tymi drogami w ramach zawodów itp albo nie potrafią dobrze wycenić drogi. Zbyt duży skok trudności ewidentnie. To nie jest tak, że na VI.1 jakoś tam trochę stęknę i przełażę a na VI.1+ stękam bardziej albo dużo bardziej i odpadam. Tam nawet nie stękam bo się nie da postękać - wcześniej jest zapora nie do pokonania :). Coś może być na rzeczy z tym kręceniem chwytów bo inna trasa ponoć została zubożona o dwa chwyty i była to V+ a nagle zrobiła się z deka trudniejsza :).
No nic szkoda, chciałbym mieć wiarygodne źródło postępów w postaci zrobionej co pewien czas trudniejszej drogi (ale trudniejszej stopniowo). Na moje wyczucie różnice pomiędzy VI.1 a VI.1+ są jednak mniejsze niż te, na które natrafiam. Na razie jedynym super miarodajnym wyznacznikiem postępu są moje proste parametry typu zwisanie na drążku, waga, podciąganie itp (oczywiście to tylko elementy postępu siły, wytrzymałości itp).
A jutro jak się uda wypad na skały z prawdziwego wapienia :). Trochę się lękam co to będzie.
Zakwasy hehehe
Po wczorajszym małym rozruchu na razie brak zakwasów :). Co prawda te nieprzyjemne efekty pojawiają się u mnie przeważnie po dwóch dniach od trenowania ale jednak powinienem coś czuć. Nie czuję nic. Dzisiaj dzień prawdy - ciekawe czy przefrunę na trasach, które już bez problemu robiłem wcześniej. Czeka mnie też dzisiaj zwiększony ból w butach bowiem od ostatniego prania nie wsadziłem do nich stóp a zawsze po pranku jakby wracają do swojego oryginalnego rozmiaru.
Oj jak daleko jeszcze do zrobienia jakichś poważniejszych trudności. Pocieszające jest to, że minęło dopiero pół roku od startu z trenowaniem wspinaczkowym. Kto wie może nawet za szybko chcę robić pewne rzeczy i dlatego odczuwam pewne bóle. Jedno jest pewne napał na wspinanie nie gaśnie a to jeden z najważniejszych czynników w pokonywaniu kolejnych barier :).
Oj jak daleko jeszcze do zrobienia jakichś poważniejszych trudności. Pocieszające jest to, że minęło dopiero pół roku od startu z trenowaniem wspinaczkowym. Kto wie może nawet za szybko chcę robić pewne rzeczy i dlatego odczuwam pewne bóle. Jedno jest pewne napał na wspinanie nie gaśnie a to jeden z najważniejszych czynników w pokonywaniu kolejnych barier :).
środa, 17 lipca 2013
Rozruch
Dzisiaj wykonałem pierwszy po wakacyjnym wypadzie rozruch - rozciąganie, brzuszne ćwiczenia (3x30 dla każdego z trzech rodzajów ćwiczeń), podciąganie ale delikatne 5 serii po 6 podciągnięć i trochę pompeczek.
Jutro w planie ściana a w piątek jak będzie pogoda skały (może się uda :) ).
Planu konkretnego na drugą połowę lipca nie będzie (poza zbiciem zbędnego kilograma, którego nabawiłem się przez ostatni bezruch). Na sierpień trzeba będzie się przymierzyć do pobicia kilku starych rekordów.
Obserwacja ostatnich dwóch tygodni wskazuje, że w moim wieku bardzo szybko traci się nabytą sprawność. Trzeba być zatem czujnym i nie dać się zbyt długim przestojom a jeżeli ma już być odpoczynek od wspinania to należy zamienić jedną aktywność na inną.
Z nowinek to tyle, że mam jednak pewien problem z barkami. Objawia się to tym, że mimo ćwiczeń rozciągająco-rozgrzewkowych na ramiona i ogólnie barki dalej coś w nich strzela a także lekko pobolewa. Gdy czytam na przykład taki artykulik jak ten LINK to coś z opisywanych tam przypadłości ewidentnie mnie dotyka. Drążek pewnie walnie przyczynia się do tych odczuwanych przeze mnie bóli. Nawet przerwa 2 tygodni bez wspinania nie zniwelowała tych przypadłości. Czytając dalej w internecie na temat przypadłości barkowych u wspinaczy LINK odkrywam kolejny jakby mały zbieg okoliczności - mowa o łopatkach. Już wcześniej pisałem, że miewam problemy z bólem mięśni na plecach w okolicach między łopatkami. Jest to pierwszy poważniejszy sygnał aby się temu lepiej przyjrzeć. Całość układa się już w pewną układankę - trzeba zareagować.
Jutro w planie ściana a w piątek jak będzie pogoda skały (może się uda :) ).
Planu konkretnego na drugą połowę lipca nie będzie (poza zbiciem zbędnego kilograma, którego nabawiłem się przez ostatni bezruch). Na sierpień trzeba będzie się przymierzyć do pobicia kilku starych rekordów.
Obserwacja ostatnich dwóch tygodni wskazuje, że w moim wieku bardzo szybko traci się nabytą sprawność. Trzeba być zatem czujnym i nie dać się zbyt długim przestojom a jeżeli ma już być odpoczynek od wspinania to należy zamienić jedną aktywność na inną.
Z nowinek to tyle, że mam jednak pewien problem z barkami. Objawia się to tym, że mimo ćwiczeń rozciągająco-rozgrzewkowych na ramiona i ogólnie barki dalej coś w nich strzela a także lekko pobolewa. Gdy czytam na przykład taki artykulik jak ten LINK to coś z opisywanych tam przypadłości ewidentnie mnie dotyka. Drążek pewnie walnie przyczynia się do tych odczuwanych przeze mnie bóli. Nawet przerwa 2 tygodni bez wspinania nie zniwelowała tych przypadłości. Czytając dalej w internecie na temat przypadłości barkowych u wspinaczy LINK odkrywam kolejny jakby mały zbieg okoliczności - mowa o łopatkach. Już wcześniej pisałem, że miewam problemy z bólem mięśni na plecach w okolicach między łopatkami. Jest to pierwszy poważniejszy sygnał aby się temu lepiej przyjrzeć. Całość układa się już w pewną układankę - trzeba zareagować.
wtorek, 16 lipca 2013
Koniec i początek
No to koniec wakacyjnego szaleństwa. Od jutra wprowadzenie do wspinaczkowego treningu. Poczucie braku siły i spadku możliwości jest przemożne ale czy to prawda zobaczy się jutro. Dziwne ale czuję się jakby bardziej zmęczony niż przed wyjazdem wakacyjnym :).
Przy okazji wprowadzam szwagra i siostrę we wspinaczkę. Na razie kompletują sprzęt i potem wybieramy się razem na szkoleniowe zabawy na ścianie. W mieście, w którym mieszkają mają wspaniałą halę wspinaczkową LINK. Godna pozazdroszczenia Climbing Arena wygląda okazale. Oj będą mieli gdzie się powspinać.
Przy okazji wprowadzam szwagra i siostrę we wspinaczkę. Na razie kompletują sprzęt i potem wybieramy się razem na szkoleniowe zabawy na ścianie. W mieście, w którym mieszkają mają wspaniałą halę wspinaczkową LINK. Godna pozazdroszczenia Climbing Arena wygląda okazale. Oj będą mieli gdzie się powspinać.
niedziela, 14 lipca 2013
Powrót do rzeczywistości
Za dwa dni powrót do rzeczywistości treningowej - aż się boję. Ważenie wykazało, że jest nieźle 75 kg na wadze wieczorową porą czyli wszystko jest pod kontrolą (może kilogram za dużo ale to momentalnie zbiję). Od jutra w organizmie wieczorami nie będą pojawiały się już żadne promile :) i zaczynam delikatne ćwiczenia rozruchowe. Odciski na dłoniach nie zniknęły do zera ale znacząco się zmniejszyły - chyba z dziesięć warstw skóry z miejsc odciskowych ściągnąłem po codziennym odmaczaniu w wodzie morskiej. Dłonie odpoczęły i nie czuję prawie żadnego bólu. Nie udało mi się na Chorwacji nic wspinaczkowego porobić ani nawet odwiedzić jakiejś miejscówki wspinaczkowej - jest tak gorąco, że człowiek nad wodę chce ciągnąć i ani nie myśli o poceniu się w głębi lądu. Sumarycznie zrobiłem może jakieś 40 podciągnięć i pościskałem gumowego ściskacza w samochodzie trochę :).
Co do planów na ten miesiąc (połowę miesiąca) to zamierzam raczej delikatnie wrócić do tego co robiłem przed wyjazdem i oczywiście w końcu wybrać się na najprawdziwsze w świecie skały (to nie do wiary, że jeszcze nie byłem). Wszystko jest gotowe tylko muszę znaleźć czas (żona nawet mnie puszcza ale faktycznie ciężko znaleźć jakiś weekend wolny aby się wybrać na wspinaczkę).
Co do planów na ten miesiąc (połowę miesiąca) to zamierzam raczej delikatnie wrócić do tego co robiłem przed wyjazdem i oczywiście w końcu wybrać się na najprawdziwsze w świecie skały (to nie do wiary, że jeszcze nie byłem). Wszystko jest gotowe tylko muszę znaleźć czas (żona nawet mnie puszcza ale faktycznie ciężko znaleźć jakiś weekend wolny aby się wybrać na wspinaczkę).
wtorek, 9 lipca 2013
Temperatura
W temperaturze 30 stopni C nic nie zachęca do odwiedzenia kilku rejonów wspinaczkowych w mojej okolicy wakacyjnej. Na tej stronie LINK znajduje się opis miejscówek wspinaczkowych. Jestem niedaleko 18-tki ale dojście do niej (tam gdzie widzę znak ze strzałką do rejonu) wiedzie przez nierealne zarośla. Dodatkowo nie mogę się tam pchać bo główną atrakcją dla dzieciaków jest woda :). Może gdy pogoda się zepsuje zapuszczę się tam samodzielnie (chociaż zepsucie pogody na Chorwacji nie należy do wydarzeń częstych). Znalazłem w domku, który wynajmujemy wagę i trochę boję się na niej stawać - ale stanę wieczorem.
PS
Ciekawi mnie wpływ rakiji na regenerację organizmu. Nie ukrywam, że mamy doskonałego lokalnego artystę-dostawcę w tej dziedzinie (40 kun za litr wyśmienitej rakiji). Rakiję mieszamy z lokalnym miodem i wychodzi niebo w gębie a i kopnąć potrafi :).
PS
Ciekawi mnie wpływ rakiji na regenerację organizmu. Nie ukrywam, że mamy doskonałego lokalnego artystę-dostawcę w tej dziedzinie (40 kun za litr wyśmienitej rakiji). Rakiję mieszamy z lokalnym miodem i wychodzi niebo w gębie a i kopnąć potrafi :).
sobota, 6 lipca 2013
Trening od środka
Odpoczynek trwa, trening prawie zerowy (poza kilkoma podciągnięciami). Regeneracja bardzo poważna - i fizyczna (morze i świeżutkie powietrze) i psychiczna (rakija). Skał na Chorwacji jest pełno ale temperatura nie zachęca do innych niż maczanie się w morzu zajęć :). Ciekawe czy jak wrócę to spadek mocy nastąpi znaczny czy też wręcz przeciwnie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)