Palec już tylko minimalnie dawał znać o sobie ledwo wyczuwalnym niby-bólem. Wieczorem wziąłem gumowego ściskacza do ręki i rozpocząłem bardzo delikatne ściskanie - takie naprawdę ze 2 mm. Nic się nie działo, ból się nie pojawiał (powiększał), to zrobiłem więcej powtórzeń w dalszym ciągu bardzo delikatnych. Dalej nic się nie działo więc trochę mocniej zacząłem ściskać itd itd aż do pełnego ścisku na maksa. Wydaje się, że jest nieźle i jutro mogę iść się powspinać (oczywiście łuczków nie będę zapinał). Teraz jeszcze niedawno powisiałem trochę na drążku i też jakby ok. Jeszcze z 30 podciągnięć w 4 seriach. Ewidentnie z palcem jest poprawa. Stosowałem to co wszędzie na necie pisują ludziska czyli - chłodzenie lodem kilka razy dziennie, smarowanie maścią antyzapalną (w moim przypadku Mobilat w żelu), bardzo delikatne masowanie. Pisano jeszcze o łyknięciu ibuprofenu ale z tego zrezygnowałem (to tylko moja druga połowa łyka ibupromy jak cukierki :) ).
Mam nadzieję, że do końca tygodnia palec będzie jak nowy :). Mimo wszystko to największa jak do tej pory przygoda z kontuzją (bardzo delikatną bo to nie było tak, że nagle w czasie wspinaczki coś mnie sieknęło - o nie). Czujnym trzeba być, to jestem.
Na marginesie: Plan jest taki aby pojechać w skały na cały dzień przez weekend ale jeżeli będzie tak gorąco jak dzisiaj to może się nie dać :) (na termometrze w samochodzie widziałem dzisiaj 37 stopni). Paranoja. Albo jest jeszcze za zimno, albo nie mogę bo rodzinne lub nie rodzinne imprezy, albo nie mogę bo jedziemy na wakacje, albo w końcu jest za gorąco. Wiem wiem złej baletnicy ......
poniedziałek, 29 lipca 2013
Dziad robi przysiady
Oj dałem sobie przedwczoraj ostro na nogi przysiadami. Gigantyczne zakwasy do dzisiaj. Zapomniałem ostatnio o przysiadach i miałem w tym temacie ze 3 tygodnie przerwy. Przypomniała mi o przysiadach taka droga na sztucznej gdzie wsadzamy wysoko nogę na duży stopień i musimy się z nogi podnieść do góry bo na ręce nic nie przewidziano (dałem radę ale z mocnymi stękaniami :)).
Palec dalej boli. Jeżeli jutro wspinaczka to tylko po wielkich klamach i na ilość. Niewyobrażalna jest moja złość na tego palucha czyli na siebie samego (a przecież to dopiero początek powrotu do wspinania). W temacie kontuzji przewidywania (obawy) zaczynają się sprawdzać - wiek robi swoje i o kontuzje będzie całkiem łatwo. Najgorsze jest to, że człowiek nie chce przestać się wspinać i może sobie jeszcze bardziej rozwalić kontuzjowane miejsce. Dla pewności jutro zrobię tak: gdy cokolwiek mnie zaboli to natychmiast przestaje się wspinać :). Skoro palec boli to w tym tygodniu zwiększę liczbę ćwiczeń ogólnorozwojowych, które nie obciążają palców i dłoni.
Palec dalej boli. Jeżeli jutro wspinaczka to tylko po wielkich klamach i na ilość. Niewyobrażalna jest moja złość na tego palucha czyli na siebie samego (a przecież to dopiero początek powrotu do wspinania). W temacie kontuzji przewidywania (obawy) zaczynają się sprawdzać - wiek robi swoje i o kontuzje będzie całkiem łatwo. Najgorsze jest to, że człowiek nie chce przestać się wspinać i może sobie jeszcze bardziej rozwalić kontuzjowane miejsce. Dla pewności jutro zrobię tak: gdy cokolwiek mnie zaboli to natychmiast przestaje się wspinać :). Skoro palec boli to w tym tygodniu zwiększę liczbę ćwiczeń ogólnorozwojowych, które nie obciążają palców i dłoni.
piątek, 26 lipca 2013
Lato i kontuzje
Moja uwaga znowu skupia się na kontuzjach. Gdy poczytać o radach na bolące stawy czy też ścięgna zawsze i wszędzie przewija się informacja o tym aby chłodzić i jeszcze raz chłodzić. Wniosek stąd taki, że ogólnie ciepło nie za dobrze wpływa na miejsca organizmu, które najbardziej narażone są u wspinacza na kontuzje. Ostatnimi czasy gdy się wspinam wszędzie jest okropnie gorąco - na sztucznej upał taki, że po jednej trasie leje się z człowieka, na skałach gorąco. Wszystko to powoduje, że ciężko utrzymać rączki i paluszki w chłodzie. W tym upale najprawdopodobniej szybciej może pojawić się jakiś stan zapalny a co za tym idzie trudniej o samoleczenie nabytych ran :). Ta konstatacja naszła mnie przy okazji mojego bolącego palca. Oczywiście może to być efekt jakiegoś niefortunnego pociągnięcia z chwytu (ale tego nie kojarzę), albo nawarstwienia się już pewnego zmęczenia organizmu (w końcu ponad 6 miesięcy w miarę ciągłego wspinania). Już najpewniej jest to połączony efekt wszystkich tych czynników.
Upał jest też w inny sposób podstępny. Rozgrzewając się przed wspinaczką w upale szybko się ogólnie spocimy itd. Gdy już się ogólnie spocimy może nam się błędnie wydawać, że to jest to samo co rozgrzanie organizmu - a tak nie jest (mówię z własnego doświadczenia). I w tym względzie ostatnio nie próżnowałem - rozgrzewka, duża ciepłota ciała - koniec rozgrzewki. W cieple aż się tej rozgrzewki nie chce robić :).
Denerwuje mnie mój bolący palec (dzisiaj dalej boli). Wiadomo jak nic nie boli to się człowiek przestaje starać o zachowanie wszelkich przykazań przedwsinaczkowych. A jak boli to nagle sobie obiecuje, że już nigdy więcej bez rozgrzewki itp. Ciągle to samo.
Upał jest też w inny sposób podstępny. Rozgrzewając się przed wspinaczką w upale szybko się ogólnie spocimy itd. Gdy już się ogólnie spocimy może nam się błędnie wydawać, że to jest to samo co rozgrzanie organizmu - a tak nie jest (mówię z własnego doświadczenia). I w tym względzie ostatnio nie próżnowałem - rozgrzewka, duża ciepłota ciała - koniec rozgrzewki. W cieple aż się tej rozgrzewki nie chce robić :).
Denerwuje mnie mój bolący palec (dzisiaj dalej boli). Wiadomo jak nic nie boli to się człowiek przestaje starać o zachowanie wszelkich przykazań przedwsinaczkowych. A jak boli to nagle sobie obiecuje, że już nigdy więcej bez rozgrzewki itp. Ciągle to samo.
czwartek, 25 lipca 2013
Pierwsze latanie
Dzisiaj na sztucznej odbyłem pierwsze latanie :). Tak, tak to za sprawą komentatora Tomka :) i jego ostatniego komentarza. Po rozgrzewce przystawka do mojego VI.1 z dolną. Wlazłem do 5 wpinki i próbowałem dalej ale jednak wpinanie spowodowało na tyle dodatkowego zmęczenia, że już nie dałem rady wyżej wleźć i się wpiąć. Dotarłem jeszcze o jakieś 50 cm nad ostatni przelot i stop. Kontrolowane odpadnięcie. Wspaniale się poleciało - ścianka jest przewieszona. Tak gdzieś z 1.5 metra w dół plus potem jeszcze takie dynamiczne 0.5 metra dodatkowo hamowania. Mięciutko i przyjemnie na nóżki w ścianę. Trochę brak poweru aby z dołem tam na górze w przewieszeniu jeszcze wydrzeć (na wędkę to już bez żadnych problemów). Oczywiście mogłem dalej drzeć do ostatecznego wycieńczenia i polecieć jeszcze z 0,5 metra wyżej ale tutaj już zadziałałem celowo i z rozwagą - pierwsze loty to te około pół metra nad przelotem wystarczy. Potem powtórzyłem wspinkę po odpoczynku ale też nie dałem rady wyżej wleźć.
W takich cieplarnianych warunkach loty są ok, myślę, że nie do końca wpłynie to na moją psychę w prawdziwych skałkach gdzie pod spodem na rzęchach, które na razie robię w OS czyhają różne wyboje :). Ale krok po kroku, powolutku człowiek się przyzwyczai. Kiedyś gdy zaczynałem się wspinać z dołem proces rozkręcania się w tym temacie był powolny i trwał przynajmniej rok. Teraz nie mogę na siłę z tym przyspieszać chociaż wiem, że kiedyś robiłem to już na luzach.
Niestety nabawiłem się pierwszej od początku powrotu do wspinania lekkiej, aczkolwiek ewidentnej kontuzji palca (serdecznego). Dzisiaj stało się to faktem. Boli. Mam cztery dni wolne od wspinania i zamierzam ostro się za niego zabrać. Zobaczymy co i jak będzie. Najbardziej boli gdy ściskam palca w okolicach trochę za grubym stawem w kierunku końca palca - w samym wspinie nie czuję go jakoś znacznie.
No to idę po lód do lodówki.
W takich cieplarnianych warunkach loty są ok, myślę, że nie do końca wpłynie to na moją psychę w prawdziwych skałkach gdzie pod spodem na rzęchach, które na razie robię w OS czyhają różne wyboje :). Ale krok po kroku, powolutku człowiek się przyzwyczai. Kiedyś gdy zaczynałem się wspinać z dołem proces rozkręcania się w tym temacie był powolny i trwał przynajmniej rok. Teraz nie mogę na siłę z tym przyspieszać chociaż wiem, że kiedyś robiłem to już na luzach.
Niestety nabawiłem się pierwszej od początku powrotu do wspinania lekkiej, aczkolwiek ewidentnej kontuzji palca (serdecznego). Dzisiaj stało się to faktem. Boli. Mam cztery dni wolne od wspinania i zamierzam ostro się za niego zabrać. Zobaczymy co i jak będzie. Najbardziej boli gdy ściskam palca w okolicach trochę za grubym stawem w kierunku końca palca - w samym wspinie nie czuję go jakoś znacznie.
No to idę po lód do lodówki.
Jedziemy w dół z ringów zjazdowych
Taki problemat:
Ringi zjazdowe robione są w skałach przeważnie mniej więcej tak LINK. Wszystko jest fajnie, wspinamy się z dołem, dochodzimy do góry, przepinamy line do pierścienia zjazdowego i jedziemy - jedziemy na jednym takim pierścionku. Gdy zakładamy wędkę to oczywiście dajemy sobie karabinek i wędka przechodzi i działa na naszym karabinku oraz przechodzi jeszcze przez pierścień poniżej (mamy dwa punkty, które muszą się urwać aby całość puściła - bo jeżeli padnie karabinek to pierścionek nad nami czuwa, jeżeli puści ring w skale gdzie jest karabinek to pierścionek jest też zaczepiony do drugiego ringa w skale przy pomocy drugiego łańcucha). Jest fajnie i miło. I tutaj ważna uwaga (bo czytałem na jakimś forum, że oszczędzanie pierścieni poprzez karabinek to można lać) zakładanie dodatkowego własnego karabinka to nie tylko oszczędzanie pierścionków ale także (co najważniejsze) sprawienie, że jesteśmy podwójnie zabezpieczeni! Idąc dalej - pod koniec wędkowania trzeba ostatni raz wleźć i ściągnąć swój karabinek i zjechać już na samym pierścionku - pojedynczy punkt, któremu trzeba zaufać. Nie lubię tego i stąd zacząłem poszukiwania w necie czy jest jakiś patent aby przy zjeździe po prowadzeniu czy też po kończeniu wędkowania mieć mimo wszystko dwa punkty. Wygląda na to, że nie ma takiego patentu - a przynajmniej ja nie znalazłem. Teoretycznie istnieje możliwość wpięcia się w jeden z łańcuchów powiedzmy z lewej strony, przewleczenia liny dodatkowo przez pierścień i jazda ale tak chyba nie wolno - te łańcuchy nie są od tego aby po nich zjechać. Piszę chyba bo nie wiem i nie mogę namierzyć w necie niczego na ten temat. Ciekawe co mówią na ten temat guru wspinaczkowi.
Oczywiście można prawić, że pierścień ten jest atestowany, nierdzewny i w ogóle super świetny i dwa słonie może utrzymać na sobie. Można tak prawić ale gdy przychodzimy pod skałę to wielu rzeczy o takim pierścieniu nie wiemy - nie wiemy ile ma dokładnie lat, nie wiemy czy i jak był użytkowany przez innych wspinaczy itd. Możemy tylko mniej więcej określić po wyglądzie czy jest fajny i że sobie chcemy na nim zjechać :). Czyż się mylę? Myślę, że nie. A określanie na czuja po wyglądzie pierścionka w sytuacji gdy pod stopami świeci pustką wygląda na dość lekkomyślne. Co prawda ten sam problem określania na czuja dotyczy sytuacji gdy patrzymy na stanowisko wędkowe z własnym karabinkiem ale wtedy znacząco podnosi się jakość zabezpieczenia (mamy dwa punkty które muszą się zepsuć aby całość się zepsuła).
Ciągnąć dalej temat to określanie na czuja dotyczy także ringów do wpinek na trasie. I co? - tutaj też mamy pojedynczy punkt, któremu ufamy lub nie. Zgadza się tylko na to już nie da się poradzić patentem i dodatkowo im wyżej jesteśmy tym więcej mamy wpinek i tym bezpieczniejsi jesteśmy.
Ja osobiście chciałbym ze stanowiska zjazdowego zjeżdżać na czymś podwójnie zabezpieczonym. Rozumiem, że takie stanowiska zjazdowe byłyby kosztowniejsze (takie, które zawierają dwa pierścionki niezależnie podczepione pod oba ringi).
Ciekawe czy to głupie co gadam czy nie :).
Ringi zjazdowe robione są w skałach przeważnie mniej więcej tak LINK. Wszystko jest fajnie, wspinamy się z dołem, dochodzimy do góry, przepinamy line do pierścienia zjazdowego i jedziemy - jedziemy na jednym takim pierścionku. Gdy zakładamy wędkę to oczywiście dajemy sobie karabinek i wędka przechodzi i działa na naszym karabinku oraz przechodzi jeszcze przez pierścień poniżej (mamy dwa punkty, które muszą się urwać aby całość puściła - bo jeżeli padnie karabinek to pierścionek nad nami czuwa, jeżeli puści ring w skale gdzie jest karabinek to pierścionek jest też zaczepiony do drugiego ringa w skale przy pomocy drugiego łańcucha). Jest fajnie i miło. I tutaj ważna uwaga (bo czytałem na jakimś forum, że oszczędzanie pierścieni poprzez karabinek to można lać) zakładanie dodatkowego własnego karabinka to nie tylko oszczędzanie pierścionków ale także (co najważniejsze) sprawienie, że jesteśmy podwójnie zabezpieczeni! Idąc dalej - pod koniec wędkowania trzeba ostatni raz wleźć i ściągnąć swój karabinek i zjechać już na samym pierścionku - pojedynczy punkt, któremu trzeba zaufać. Nie lubię tego i stąd zacząłem poszukiwania w necie czy jest jakiś patent aby przy zjeździe po prowadzeniu czy też po kończeniu wędkowania mieć mimo wszystko dwa punkty. Wygląda na to, że nie ma takiego patentu - a przynajmniej ja nie znalazłem. Teoretycznie istnieje możliwość wpięcia się w jeden z łańcuchów powiedzmy z lewej strony, przewleczenia liny dodatkowo przez pierścień i jazda ale tak chyba nie wolno - te łańcuchy nie są od tego aby po nich zjechać. Piszę chyba bo nie wiem i nie mogę namierzyć w necie niczego na ten temat. Ciekawe co mówią na ten temat guru wspinaczkowi.
Oczywiście można prawić, że pierścień ten jest atestowany, nierdzewny i w ogóle super świetny i dwa słonie może utrzymać na sobie. Można tak prawić ale gdy przychodzimy pod skałę to wielu rzeczy o takim pierścieniu nie wiemy - nie wiemy ile ma dokładnie lat, nie wiemy czy i jak był użytkowany przez innych wspinaczy itd. Możemy tylko mniej więcej określić po wyglądzie czy jest fajny i że sobie chcemy na nim zjechać :). Czyż się mylę? Myślę, że nie. A określanie na czuja po wyglądzie pierścionka w sytuacji gdy pod stopami świeci pustką wygląda na dość lekkomyślne. Co prawda ten sam problem określania na czuja dotyczy sytuacji gdy patrzymy na stanowisko wędkowe z własnym karabinkiem ale wtedy znacząco podnosi się jakość zabezpieczenia (mamy dwa punkty które muszą się zepsuć aby całość się zepsuła).
Ciągnąć dalej temat to określanie na czuja dotyczy także ringów do wpinek na trasie. I co? - tutaj też mamy pojedynczy punkt, któremu ufamy lub nie. Zgadza się tylko na to już nie da się poradzić patentem i dodatkowo im wyżej jesteśmy tym więcej mamy wpinek i tym bezpieczniejsi jesteśmy.
Ja osobiście chciałbym ze stanowiska zjazdowego zjeżdżać na czymś podwójnie zabezpieczonym. Rozumiem, że takie stanowiska zjazdowe byłyby kosztowniejsze (takie, które zawierają dwa pierścionki niezależnie podczepione pod oba ringi).
Ciekawe czy to głupie co gadam czy nie :).
A jednak paluszek boli
Hm. Coś się stało z palcem serdecznym w lewej ręce - tak z boku przy największym stawie palca. Mam taki lekki ból od czasu gdy wróciłem z wakacji i poszedłem na sztuczną się powspinać. Chłodzę lodem, smaruję maścią antyzapalną i niby dzisiaj rano nie czuję tego bólu tak bardzo ale ciekawe jak będzie po wyjściu na ściankę. Martwi to, że jeszcze nic strasznego nie robię a już delikatne mikro kontuzyjnki mnie łapią. Co będzie dalej? Przewidywania co do kontuzji zaczynają się urzeczywistniać. Muszę bardziej przykładać się do rozgrzewki rąk i dłoni przed wspinaczką - nastąpiło ostatnio dość znaczące rozluźnienie w tym temacie.
środa, 24 lipca 2013
Wyjazd robi dobrze wadze
Uwielbiam wagę o poranku! Dzisiaj 73,6 kg - bardzo blisko rekordu :). Mały wypad na skały i wspinanie w słońcu, sensowna kolacja (minimalna) i proszę. Mógłbym pokusić się o taki trening dzisiaj aby jutro zobaczyć jeszcze lepszą wagę. Jakiś rowerek czy coś podobnego i może się udać przeskoczyć do kategorii 72 kg.
wtorek, 23 lipca 2013
Kolejny mikro wypad na skały
Ponownie wybraliśmy się do Doliny Kobylańskiej. Tym razem od drugiej strony, od Będkowic dotarliśmy pod Lotniki i tam zaczęliśmy nasze wieczorne działania. Tym razem odbyło się większe udawanie rozgrzewki :). Przelazłem z dołem Prawe Lotniki (IV+) w OS-ie, potem Kant Lotników (V+) na wędkę i na koniec Bardzo Prawe Lotniki (VI+) na wędkę. Wszystko ładnie puściło od strzała. Za dawnych czasów nigdy nie wspinałem się na Lotnikach bo to daleko a jeździliśmy pociągiem na skały wysiadając w Zabierzowie, dojeżdżając do Bolechowic i potem z buta do Kobylańskiej, więc Lotniki to było już dla nas za daleko :) (przynajmniej tak mi się wydaje).
Fajne są te Lotniki na wieczorową lipcową porę bowiem słońce operuje tam dość długo.
Z doświadczeń z prowadzenia znowu było podobnie. Przy trzeciej wpince psycha powoduje duże spięcie. Dziadostwo polega na tym, że człowiek chce się szybko wpiąć i wpina się z super niewygodnej pozycji. Rzeźbiłem z trzecią wpinką w jakimś dziwacznym przykurczu (oczywiście czułem, że mam zapas siły i mogę tak jeszcze długo wytrzymać ale po co?). Zaraz po tej do dupy wykonywanej wpince zrobiłem mikronalny ruch nogami i rękami i już stałem wygodniutko idealnie do wpinania. Ale cóż trzeba się uczyć na błędach.
Przystawienie na wędce do VI+ okazało się dobrym doświadczeniem. W miarę na luzie przeszedłem dół. Potem na górze stałem trochę zastanawiając się gdzie ostatecznie wiedzie droga lecz w końcu udało się poleźć chyba właściwie (sprawdziłem potem jeszcze raz z przewodnikiem i bardziej na prawo wiodła jakaś taka VI.1+. VI+ puściło od bata i teoretycznie można by pomyśleć o prowadzeniu RP - na razie jednak same OS do stopnia V+ włącznie.
Fajny wypad ale jednak czasu za mało - jedziemy we trzech i wyrabiamy się po trzy razy powspinać przed zmierzchem. Już niedługo jednak wyjazd na cały dzień.
Fajne są te Lotniki na wieczorową lipcową porę bowiem słońce operuje tam dość długo.
Z doświadczeń z prowadzenia znowu było podobnie. Przy trzeciej wpince psycha powoduje duże spięcie. Dziadostwo polega na tym, że człowiek chce się szybko wpiąć i wpina się z super niewygodnej pozycji. Rzeźbiłem z trzecią wpinką w jakimś dziwacznym przykurczu (oczywiście czułem, że mam zapas siły i mogę tak jeszcze długo wytrzymać ale po co?). Zaraz po tej do dupy wykonywanej wpince zrobiłem mikronalny ruch nogami i rękami i już stałem wygodniutko idealnie do wpinania. Ale cóż trzeba się uczyć na błędach.
Przystawienie na wędce do VI+ okazało się dobrym doświadczeniem. W miarę na luzie przeszedłem dół. Potem na górze stałem trochę zastanawiając się gdzie ostatecznie wiedzie droga lecz w końcu udało się poleźć chyba właściwie (sprawdziłem potem jeszcze raz z przewodnikiem i bardziej na prawo wiodła jakaś taka VI.1+. VI+ puściło od bata i teoretycznie można by pomyśleć o prowadzeniu RP - na razie jednak same OS do stopnia V+ włącznie.
Fajny wypad ale jednak czasu za mało - jedziemy we trzech i wyrabiamy się po trzy razy powspinać przed zmierzchem. Już niedługo jednak wyjazd na cały dzień.
Skały zamiast sztucznej
Może dzisiaj uda się wyjechać po pracy w skały. Plan - kilka dróg o trudnościach w okolicach V w OS (tym razem prawdziwych OS bowiem plan jest pojechania na skały, na których nigdy wcześniej się nie wspinałem).
Jeszcze jedna obserwacja z ostatniego wypadu na skały. Jakoś na skałach rozgrzewka nie była nam potrzebna :). Hehehe. Wynikło to zapewne z niewielkiej ilości czasu na wspinanie ale mimo wszystko barany z nas straszne i dzisiaj to się zmieni. Przynajmniej 15 minut rozgrzewki zastosujemy.
Jeszcze jedna obserwacja z ostatniego wypadu na skały. Jakoś na skałach rozgrzewka nie była nam potrzebna :). Hehehe. Wynikło to zapewne z niewielkiej ilości czasu na wspinanie ale mimo wszystko barany z nas straszne i dzisiaj to się zmieni. Przynajmniej 15 minut rozgrzewki zastosujemy.
poniedziałek, 22 lipca 2013
Już nawet snię o wspinaniu
Tak, to pachnie lekkim maniactwem ale dzisiejszej nocy nawet we śnie miałem przygody wspinaczkowe :). Najchętniej spędzałbym teraz całe dni na skałach. Ten konflikt aktualnego trybu życia z wyobrażeniem o tym jaki ten tryb powinien być trochę mi dokucza. Teraz gdy już odwiedziłem skały konflikt ten nabrał rozpędu. Z drugiej strony gdyby robić wspinaczkę cały czas i permanentnie pewnie stałoby się to czymś tak powszednim, że aż nudnym :).
Subskrybuj:
Posty (Atom)