Poczytałem trochę po necie o sposobach na śmierdzące buty wspinaczkowe. Problem jest popularny (mnie też to denerwuje).
Głównym problemem jest wspinanie na sztucznych ścianach bo tam człowiek często bardzo długo przebywa w butach a wiadomo są ciasne, guma, noga się poci (dodatkowo od wysiłku na ścianie), naskórek zdziera się, bakterie sobie żyją itd. W skałach jest o tyle lepiej, że ubiera się buty przed wejściem na drogę, przechodzi się i ściąga buty - but odpoczywa na świeżym powietrzu do następnego wykorzystania.
Problem jest. Moje buty walą już ostro. Wykonałem już miesiąc temu pranie ręczne w gorącej wodzie z dużą ilością proszku do prania - to nie pomaga to już wiem. Oczywiście but po wysuszeniu był na chwile ok ale to tylko do następnego wyjścia - ten bakteryjny wkład i tak w nim siedzi już i takie numery nie działają.
Ogólnie trzeba by stosować przed wspinaniem na sztucznej (gdy mamy czyste i nie skażone buty) mycie nóg i dobre wysuszenie przed włożeniem do buta - wiadomo zanim człowiek dojdzie na ściankę w innych butach itd to już może lekko zepsuć sprawę. Nie przechowywać butów w plecaku po wspinaczce tylko od razu wrzucać na wietrzenie na balkon (w pogodny dzień) albo gdzieś gdzie jest sucho i przewiewnie.
Ze sposobów, które znalazłem na necie jest jeden ale boję się zastosować (jeszcze mam za nowe buty :) ). Robimy 5% roztwór domestosu (ogólnie jakiś środek z chlorem) z wodą i zalewamy bucika - pozostawiamy na kilka minut i powtarzamy procedurę (niektórzy piszą na necie, że zostawiamy na godzinę). Podobno po takim zabiegu wszystkie mikroorganizmy w bucie giną i smrodek nie wraca już tak łatwo do buta. Strach trochę bo chlor ostro żre materiały różnorakie. Niby ludziska piszą, że nic się butom nie stało a potem ten chlor jeszcze siedzi w bucie i bakterioza nie wraca. Chyba spróbuję na ryzyko. Jak wykonam test to potwierdzę lub zaprzeczę tej metodzie - zawsze to jakieś doświadczenie.
Zastanawiam się jeszcze nad takim dezodorantami antybakteryjnymi. Gdyby ostro psikać po każdej wspinaczce kto wie. Tyle, że aby ostro jechać z dezodorantu trzeba dużo dezodorantów kupować co nie jest tanie.
Można jeszcze spirytusem spróbować nasączyć buciory. Kto wie, może zadziałać - wątpię aby jakieś mikroorganizmy czysty spirol przetrzymały.
Nic - próbuję z roztworem chloru. Trudno, najwyżej rozwalę buty ale muszę znaleźć rozwiązanie tego problemu.
piątek, 10 maja 2013
czwartek, 9 maja 2013
Bariera
Dzisiaj ponownie na sztucznej ścianie. Dwie nowe VI w przewieszeniu i stare VI oraz stare VI.1. Wszystko ładnie puściło od strzału. Potem nastąpiło mistyczne zetknięcie się z nieprzekraczalną barierą na takim nowo zrobionym VI.2+. Wspaniałe doświadczenie. Tak z głupa postanowiłem spróbować o co chodzi i czym to się je takie VI.2+ aktualnie. Wystartowałem i od razu było widać, że jest bardziej bułująco z każdym przechwytem w porównaniu z VI.1 wcześniej robionym (to oczywiste ale nic nie zastąpi empirii). Po chwili, gdzieś tak w 1/3 drogi dotarłem do absolutnej bariery :). Super uczucie - powisiałem przy dostępnych przechwytach i stopniach, pokombinowałem raz tak raz inaczej chyba z sześć razy ale nic nie wskórałem. Całkowite zero możliwości wydarcia dalej. To jest to. Wbiło mi to takiego ćwieka, że teraz myślę ile w tej niemożności było mojego wcześniejszego zbułowania oraz tego, że to dwa dni pod rząd na ściance, ile było braku techniki i odpowiedniego złożenia się do tego i ile było tu obiektywnego braku siły maksymalnej (bo może dobrze się składałem ale po prostu nie dałem rady na takiej obłej krawądce przytrzymać). Mega ciekawe. Mam nadzieje, że nie zlikwidują tej drogi za szybko bo fajna w sensie pewnego sprawdzianu - co pewien czas mam zamiar się do tego przyłożyć i sprawdzić czy jest lepiej czy może dalej taka sama niemoc.
Hm... Przypomniało mi się, że wczoraj pisałem aby nie rzucać się na za trudne dla siebie drogi bo można nabawić się kontuzji a już dzisiaj robię dokładnie wbrew temu. No cóż - nie mogłem wytrzymać a w takim nowym zakątku z siedmioma drogami tylko tej jednej nie przelazłem :). No ale to potwierdza moje wczorajsze uwagi co do tego, że bardzo łatwo zapomnieć o wszelkich radach i iść na żywioł w przypływie chęci sprawdzenia co tam można wykrzesać z organizmu :). Na poważnie to nie zamierzam jakoś strasznie uderzać na drogi typu VI.2+ (teraz raczej kolej na więcej wędkowań treningowych VI.1 i może kilka VI.1+ na sztucznej ścianie) - takie uderzenie traktuje trochę jako pewien sprawdzian możliwości.
Jeszcze jedno hm.... Tak na marginesie - delikatnie czuję ścięgno w lewym fakerze :). Na tej VI.2+ było jedno miejsce poniżej bariery na 2 paluszki i tak troszeczkę trzeba było pociągnąć z nich :). I pociągnąłem. Oj słabe te rączyny jeszcze. Teraz przerywnik - ćwiczonka rozciągające, brzuchy oraz bieganie przez weekend.
Hm... Przypomniało mi się, że wczoraj pisałem aby nie rzucać się na za trudne dla siebie drogi bo można nabawić się kontuzji a już dzisiaj robię dokładnie wbrew temu. No cóż - nie mogłem wytrzymać a w takim nowym zakątku z siedmioma drogami tylko tej jednej nie przelazłem :). No ale to potwierdza moje wczorajsze uwagi co do tego, że bardzo łatwo zapomnieć o wszelkich radach i iść na żywioł w przypływie chęci sprawdzenia co tam można wykrzesać z organizmu :). Na poważnie to nie zamierzam jakoś strasznie uderzać na drogi typu VI.2+ (teraz raczej kolej na więcej wędkowań treningowych VI.1 i może kilka VI.1+ na sztucznej ścianie) - takie uderzenie traktuje trochę jako pewien sprawdzian możliwości.
Jeszcze jedno hm.... Tak na marginesie - delikatnie czuję ścięgno w lewym fakerze :). Na tej VI.2+ było jedno miejsce poniżej bariery na 2 paluszki i tak troszeczkę trzeba było pociągnąć z nich :). I pociągnąłem. Oj słabe te rączyny jeszcze. Teraz przerywnik - ćwiczonka rozciągające, brzuchy oraz bieganie przez weekend.
środa, 8 maja 2013
Pozytywnie na sztucznej
Całkiem udany wypad na ściankę. Bez szaleństw ale moc przybywa. Sprawdziłem to na takim dość małym chwycie w przewieszeniu znacznym. Mogłem już na tym chwycie na lewej ręce przytrzymać i przechwycić prawą do następnego chwytu. Tego wcześniej nie udawało się zrobić. Jest jeszcze wiele zagadek do przejścia - na przykład całkiem nie mam pomysłu na wychodzenie z takiego ponad metrowego okapu. Jest to na razie całkowita zagadka :). Zahaczanie nóg jakoś nic mi nie pomaga. Wydaje się jednak, że tutaj wyrobienie w przyblokach może znacząco ułatwić sprawę ale i technika działania w takich sytuacjach gdzie mamy do czynienia z sufitem i potem wyjściem z niego oczywiście też pomoże.
Obawy przed kontuzjami
Tak czasami się zastanawiam od jakiej trudności dróg zaczną się problemy z palcami i ścięgnami. Wydaje mi się, że już tak od VI.4 chwyty zaczynają zanikać i zaczyna się walka z ewentualnymi kontuzjami. Ta granica wynika z moich doświadczeń jako młodziana a co będzie teraz gdy ma się parę latek więcej? Jeszcze daleko do robienia takich trudności ale obawy są już teraz. To czasami chwila nieuwagi, jakieś nieodpowiednie pociągnięcie i mamy kontuzję. Jest kilka złotych zasad w tym temacie. Trzeba uważać na to, że szybciej nabiera się siły niż odporności stawowo ścięgnowej i dysponując odpowiednio dużą siłą można łatwiej sobie pociągnąć na przykład z palucha, który nie był na takie pociągnięcie przygotowany. Odpowiednia rozgrzewka zawsze i wszędzie - ja widzę, że mam czasami tendencję do robienia rozgrzewki byle jak lub wcale jej nie robienia (myślę, że wielu ludzi ma podobnie). Odpowiedni odpoczynek po dużych obciążeniach na treningu czy w skałach to też trzeba sobie jak mantrę powtarzać (tutaj nie jestem tak bardzo narażony bowiem życie nie pozwala mi na codzienne katowanie). Odpowiednia dieta (to już magia lekka i obawiam się, że nie wdrożę żadnej albo wdrożę połowicznie). Kontrolowanie postępów i nie rzucanie się na drogi, które potencjalnie po opatentowaniu zrobimy ale zmasakrujemy sobie na nich jeszcze nie przygotowane stawy i ścięgna. Itd pewnie znalazłoby się jeszcze sporo rad.
Wszystko to niby oczywiste czynności, które minimalizują szansę na kontuzję ale jak łatwo czasami o nich zapomnieć, zrobić coś byle jak aby odfajkować dany punkt. W aktualnych moich działaniach związanych z powrotem do wspinania na razie nie zarejestrowałem większych problemów z palcami i ścięgnami - miałem raz lekkie nadwyrężenie ścięgna w palcu zwanym fakerem przez kilka dni. Natomiast od powrotu do wspinania mam coś takiego jak permanentne odczuwanie (lekkie) stawów (tych największych stawów) palców. Czuję je po prostu. Wydaje mi się, że jest to spowodowane tym co kiedyś już opisałem na blogu - obciążeniem przez ćwiczenia na rurce (tam dochodzi u mnie do największych obciążeń, większych niż w trakcie wspinaczki na razie na trasach typu VI.1 maksymalnie). Drążek może okazać się podstępnym przyrządem powodującym ukryte nawarstwianie się małych urazów. Zwisanie na palcach i podciąganie się do góry to w końcu dźwiganie ponad 70 kg a naprężenie przy szarpaniu w górę jest dodatkowym czynnikiem zwiększającym chwilowo to obciążenie. I tu pojawia się dylemat. Z jednej strony drążek jest łatwo dostępnym przyrządem do zwiększania przypaku a z drugiej strony rozwala mi palce. Rezygnacja z niego byłaby trudna o tyle, że nie miałbym go czym zastąpić (nie mogę codziennie łazić na ścianki wspinaczkowe itp). Coś w tym temacie trzeba wymyślić bo trapi mnie już od jakiegoś czasu (odkąd zaobserwowałem, że to odczuwanie stawów i pewne bóle w dłoniach są właśnie od rurki a nie od wspinu na ściankach). Pierwszym narzucającym się rozwiązaniem zmniejszającym obciążenie jest podciąganie się w pełnym chwycie (tzn nie na samych palcach gdzie rurka znajduje się na pierwszym i drugim paliczku licząc od końca palca). Wiszenie takie wprowadziłem sobie aby przy okazji podciągania wzmacniać palce ale jak widać może to być przesadą na dłuższy dystans. Widać tutaj też to, że zwisanie na samych dwóch ostatnich paliczkach właśnie zawiesza cały ciężar ciała na najgrubszym stawie palców obu rąk (a właśnie te stawy czuję). Hm ... innego rozwiązania nie widzę chcąc się dalej podciągać na drążku :).
Jest jeszcze jedna możliwość, że jest to etapem przejściowym i dłonie przyzwyczają się w końcu do takich rurkowych obciążeń - ale tutaj mam wątpliwości bowiem będę przecież robił coraz więcej podciągnięć a co za tym idzie marne są szanse, że stawy przestaną być odczuwalne. Wydaje się, że trzeba z tym jakoś żyć.
Na razie moje odczuwanie stawów nie nazwałbym kontuzją ale już pewnym sygnałem od organizmu, że coś się dzieje, coś się nawarstwia, coś się nie do końca zregenerowało. Aby temu już teraz jakoś zapobiegać wprowadzę sobie taką zasadę, że jeden dzień rurkowy robię w pełnym chwycie a jeden w chwycie na końcach palców. Zobaczę co z tego wyjdzie.
Wszystko to niby oczywiste czynności, które minimalizują szansę na kontuzję ale jak łatwo czasami o nich zapomnieć, zrobić coś byle jak aby odfajkować dany punkt. W aktualnych moich działaniach związanych z powrotem do wspinania na razie nie zarejestrowałem większych problemów z palcami i ścięgnami - miałem raz lekkie nadwyrężenie ścięgna w palcu zwanym fakerem przez kilka dni. Natomiast od powrotu do wspinania mam coś takiego jak permanentne odczuwanie (lekkie) stawów (tych największych stawów) palców. Czuję je po prostu. Wydaje mi się, że jest to spowodowane tym co kiedyś już opisałem na blogu - obciążeniem przez ćwiczenia na rurce (tam dochodzi u mnie do największych obciążeń, większych niż w trakcie wspinaczki na razie na trasach typu VI.1 maksymalnie). Drążek może okazać się podstępnym przyrządem powodującym ukryte nawarstwianie się małych urazów. Zwisanie na palcach i podciąganie się do góry to w końcu dźwiganie ponad 70 kg a naprężenie przy szarpaniu w górę jest dodatkowym czynnikiem zwiększającym chwilowo to obciążenie. I tu pojawia się dylemat. Z jednej strony drążek jest łatwo dostępnym przyrządem do zwiększania przypaku a z drugiej strony rozwala mi palce. Rezygnacja z niego byłaby trudna o tyle, że nie miałbym go czym zastąpić (nie mogę codziennie łazić na ścianki wspinaczkowe itp). Coś w tym temacie trzeba wymyślić bo trapi mnie już od jakiegoś czasu (odkąd zaobserwowałem, że to odczuwanie stawów i pewne bóle w dłoniach są właśnie od rurki a nie od wspinu na ściankach). Pierwszym narzucającym się rozwiązaniem zmniejszającym obciążenie jest podciąganie się w pełnym chwycie (tzn nie na samych palcach gdzie rurka znajduje się na pierwszym i drugim paliczku licząc od końca palca). Wiszenie takie wprowadziłem sobie aby przy okazji podciągania wzmacniać palce ale jak widać może to być przesadą na dłuższy dystans. Widać tutaj też to, że zwisanie na samych dwóch ostatnich paliczkach właśnie zawiesza cały ciężar ciała na najgrubszym stawie palców obu rąk (a właśnie te stawy czuję). Hm ... innego rozwiązania nie widzę chcąc się dalej podciągać na drążku :).
Jest jeszcze jedna możliwość, że jest to etapem przejściowym i dłonie przyzwyczają się w końcu do takich rurkowych obciążeń - ale tutaj mam wątpliwości bowiem będę przecież robił coraz więcej podciągnięć a co za tym idzie marne są szanse, że stawy przestaną być odczuwalne. Wydaje się, że trzeba z tym jakoś żyć.
Na razie moje odczuwanie stawów nie nazwałbym kontuzją ale już pewnym sygnałem od organizmu, że coś się dzieje, coś się nawarstwia, coś się nie do końca zregenerowało. Aby temu już teraz jakoś zapobiegać wprowadzę sobie taką zasadę, że jeden dzień rurkowy robię w pełnym chwycie a jeden w chwycie na końcach palców. Zobaczę co z tego wyjdzie.
wtorek, 7 maja 2013
Małe sprostowanie
Jako, że miałem parę dni zaległości w blogowaniu nadrabiam to wspominkami.
Tytuł bloga oraz niektóre wpisy sugerowałyby, że miałem całkowitą przerwę od wspinania przez 20 lat. Tak jednak nie było. Zawodnik przeżył w międzyczasie (tzn od 1993 do 2013) dwa malutkie napały na wspinanie.
Pierwszy mały skok do wspinania pojawił się gdzieś około roku 1998 (pięć lat po wspinaniu na ostro) za sprawą mojego kuzyna wspinającego się w tym czasie. Był to napał krótki - około 2 wyjazdy na skały i kilka razy na ściankę wspinaczkową u Reni. Mam nawet karnet z tamtego okresu z Reni Sport (nie, nie zbieram wszystkiego co mi wpadnie w ręce mam takie stare etui na dokumenty i tam to przesiedziało tyle lat).
Jak widać po wpisach na karnecie akcja odbywała się w maju i czerwcu - 5 wyjść na ściankę :).
Mam też kilka zdjęć z wypadu na skałki z tego okresu w towarzystwie siostry, kuzyna i kumpla (tak tak to ty kumplu,kuzynie i siostro - zamieszczam bo i tak was nie widać :) więc nie będziecie mnie mogli oskarżać o naruszanie czegoś tam hehe).
I to był pierwszy mikro zwrot w kierunku wspinania po latach.
Drugi był już naprawdę mikro. Jednokrotne pojechanie na skały z moją lepszą połową :). Ale z tego wypadu nie posiadam zdjęć. Był to wypad do dolinki Bolechowickiej około 2001 roku. Lepsza połowa nie wykazała niestety chęci wdrapywania się wysoko. Zwykły lęk wysokości. Co mogło się wydarzyć gdyby tego lęku wysokości nie było - no pewnie jakieś VI.6 w OS-ie :). Czasami tak niewielkie drobiazgi mogą mieć kolosalny wpływ na przyszłe losy bohaterów :).
I to wszystko.
W przybliżeniu można więc powiedzieć, że przerwa we wspinaniu trwała około 20 lat. Szkoda, że wtedy napalenia nie przerodziły się w coś większego. Z drugiej strony teraz nie miałbym takiej frajdy z powrotu to tegoż jakże fantastycznego zajęcia.
Tytuł bloga oraz niektóre wpisy sugerowałyby, że miałem całkowitą przerwę od wspinania przez 20 lat. Tak jednak nie było. Zawodnik przeżył w międzyczasie (tzn od 1993 do 2013) dwa malutkie napały na wspinanie.
Pierwszy mały skok do wspinania pojawił się gdzieś około roku 1998 (pięć lat po wspinaniu na ostro) za sprawą mojego kuzyna wspinającego się w tym czasie. Był to napał krótki - około 2 wyjazdy na skały i kilka razy na ściankę wspinaczkową u Reni. Mam nawet karnet z tamtego okresu z Reni Sport (nie, nie zbieram wszystkiego co mi wpadnie w ręce mam takie stare etui na dokumenty i tam to przesiedziało tyle lat).
Jak widać po wpisach na karnecie akcja odbywała się w maju i czerwcu - 5 wyjść na ściankę :).
Mam też kilka zdjęć z wypadu na skałki z tego okresu w towarzystwie siostry, kuzyna i kumpla (tak tak to ty kumplu,kuzynie i siostro - zamieszczam bo i tak was nie widać :) więc nie będziecie mnie mogli oskarżać o naruszanie czegoś tam hehe).
![]() |
| Łaziki w Bolechowickiej z dołem |
![]() | |
| Łaziki w Bolechowickiej z dołem |
![]() | |
| Brygada :) |
![]() | |
| Przez Napis w Bolechowickiej - wędkowanie - jeszcze dawałem radę |
Drugi był już naprawdę mikro. Jednokrotne pojechanie na skały z moją lepszą połową :). Ale z tego wypadu nie posiadam zdjęć. Był to wypad do dolinki Bolechowickiej około 2001 roku. Lepsza połowa nie wykazała niestety chęci wdrapywania się wysoko. Zwykły lęk wysokości. Co mogło się wydarzyć gdyby tego lęku wysokości nie było - no pewnie jakieś VI.6 w OS-ie :). Czasami tak niewielkie drobiazgi mogą mieć kolosalny wpływ na przyszłe losy bohaterów :).
I to wszystko.
W przybliżeniu można więc powiedzieć, że przerwa we wspinaniu trwała około 20 lat. Szkoda, że wtedy napalenia nie przerodziły się w coś większego. Z drugiej strony teraz nie miałbym takiej frajdy z powrotu to tegoż jakże fantastycznego zajęcia.
5,3 km
Dzisiaj bieg. Tym razem z rozgrzewką ze względu na strach przed dalej lekko bolącymi plecami. Myślałem, że więcej przebiegłem ale jest to tylko 5,3 km (wg pomiarów z google maps). Czas biegu 33 minuty. Jak widać tempo nie zachwyca :) (trochę ponad 6 minut na kilometr). Następnym razem już 6 km trzeba machnąć. Nawet nie jest całkiem źle z formą - widocznie ruch wspinaczkowy też jakoś do ogólnej wydolności się przyczynia. Spieszę się ze spadkiem wagi bo w tym miesiącu trzeba 72 na wadze zobaczyć a rozpusta ostatnich dni znacznie mnie oddaliła od takiej wagi. Bieganie rozwiąże problem - jak to się wszystko ładnie przypadkiem układa.
poniedziałek, 6 maja 2013
Rysa Babińskiego - 91
To było chyba w 91 roku. Wędkowanie Babińskiego.
Słaba jakość zdjęć ale mimo wszystko coś widać. Wtedy jeszcze nawet nie myślałem o drodze na prawo od rysy :). Odkopałem te zdjęcia w trakcie długiego weekendu - nawet zapomniałem, że takie posiadam. Działają motywująco więc w ramach terapii pomyślałem, że je zamieszczę.
Tutaj wspinają się same nogi :). Buty "Ninja" - nie były nazbyt świetne ale cóż, były to pierwsze buty wspinaczkowe zaraz po korkerach. Korki gdy pojawiły się "Ninja" niestety musiały pożegnać się ze wspinaczką - miały jednak na swoim koncie drogi gdzieś tak do VI+. Żeby korkerom nie było żal i aby nie czuły się samotnie dołączyły do nich i "Ninja" zaraz po tym gdy pojawiły się "Lasery". "Lasery" były boskie i nie do zdarcia a ich szpice idealnie pasowały potem na Chińskiego.
Słaba jakość zdjęć ale mimo wszystko coś widać. Wtedy jeszcze nawet nie myślałem o drodze na prawo od rysy :). Odkopałem te zdjęcia w trakcie długiego weekendu - nawet zapomniałem, że takie posiadam. Działają motywująco więc w ramach terapii pomyślałem, że je zamieszczę.
Tutaj wspinają się same nogi :). Buty "Ninja" - nie były nazbyt świetne ale cóż, były to pierwsze buty wspinaczkowe zaraz po korkerach. Korki gdy pojawiły się "Ninja" niestety musiały pożegnać się ze wspinaczką - miały jednak na swoim koncie drogi gdzieś tak do VI+. Żeby korkerom nie było żal i aby nie czuły się samotnie dołączyły do nich i "Ninja" zaraz po tym gdy pojawiły się "Lasery". "Lasery" były boskie i nie do zdarcia a ich szpice idealnie pasowały potem na Chińskiego.
Chwila nieuwagi
Jako, że długi weekend był bardzo deszczowy spędzałem go na lenistwie i objadaniu się. Pogoda nie pozwalała na wielkie szaleństwa związane z ruchem, zastrzał w plecach nie pozwalał na ruch i okoliczności rodzinnego przesiadywania także nie pozwalały na energetyczne spędzanie czasu :). Efektem tej ciężko i sumiennie wykonanej roboty jest 1,5 kg większa waga niż przed długim weekendem. Tak się rozepchałem, że teraz siedzę i strasznie chce mi się jeść a przecież jadłem już kolację hehehe. Tak to jest jak się człowiek zapomni i zacznie żreć jak świnia.
Dzisiaj gdy tylko stwierdziłem, że ćwiczenia na rurce nie działają na te mięśnie pleców, które mam obolałe po zastrzale robię sobie podciągnięcia, zwisy i inne tego typu akrobacje rurkowe. W środę i czwartek na ściankę a jutro? Jutro po ekspresy. Jeszcze nie do końca wiem, które kupić. Decyzja zapadnie pewnie w ostatniej chwili. Nie chce wydać na te 10 ekspresów masy pieniędzy więc raczej nie będą to największe wypasy. Kupie sobie 8 krótkich (około 10 cm) i 2 dłuższe (około 20 cm). Gdy będę potrzebował dłuższych po prostu wykonam je z pętli.
Słabo zaczął się ten miesiąc a zatem ćwiczenia będą intensyfikowane w miarę zagłębiania się w maj. Jutro biegam - celem jest skromne 5 km. Bieganie nie jest nawet takie straszne - na razie łatwo tak twierdzić bowiem pojedynczy trening nie trwa więcej niż 0,5 godziny samego biegu, ciekawe co będzie gdy będę biegał tak z 15 km :).
Niezłe jest to, że tutaj blog o wspinaniu a na skałach się jeszcze nie było :). Ale już prawie, już niewiele brakuje i królik doświadczalny wybierze się w teren. Królik po prostu stosuje się ściśle do zasad z zającem "Wspinanie nie zając nie ucieknie".
Dzisiaj gdy tylko stwierdziłem, że ćwiczenia na rurce nie działają na te mięśnie pleców, które mam obolałe po zastrzale robię sobie podciągnięcia, zwisy i inne tego typu akrobacje rurkowe. W środę i czwartek na ściankę a jutro? Jutro po ekspresy. Jeszcze nie do końca wiem, które kupić. Decyzja zapadnie pewnie w ostatniej chwili. Nie chce wydać na te 10 ekspresów masy pieniędzy więc raczej nie będą to największe wypasy. Kupie sobie 8 krótkich (około 10 cm) i 2 dłuższe (około 20 cm). Gdy będę potrzebował dłuższych po prostu wykonam je z pętli.
Słabo zaczął się ten miesiąc a zatem ćwiczenia będą intensyfikowane w miarę zagłębiania się w maj. Jutro biegam - celem jest skromne 5 km. Bieganie nie jest nawet takie straszne - na razie łatwo tak twierdzić bowiem pojedynczy trening nie trwa więcej niż 0,5 godziny samego biegu, ciekawe co będzie gdy będę biegał tak z 15 km :).
Niezłe jest to, że tutaj blog o wspinaniu a na skałach się jeszcze nie było :). Ale już prawie, już niewiele brakuje i królik doświadczalny wybierze się w teren. Królik po prostu stosuje się ściśle do zasad z zającem "Wspinanie nie zając nie ucieknie".
niedziela, 5 maja 2013
Wapno kontratakuje
Każdy posiada plecy ale moje nie omieszkały mi o sobie przypomnieć. Dzień przed długim weekendem zmieniałem koła z zimowych na letnie i musiałem je przenieść z garażu do samochodu. Są dość ciężkie takie 17 cali. Rwałem je z niewygodnej pozycji bo leżały za jakimiś pudłami a nie chciało mi się ich sprzątnąć z drogi do kół. Niby spoko - wsadziłem je do samochodu i pojechałem do punktu zmiany kół. Tam z 15 minut poczekałem w koszulce na świeżym (dość chłodnym) powietrzu. Wróciłem i odstawiłem zimówki do garażu. Niby nic ale tak lekko coś poczułem na plecach. Kilka dni potem z rana nagle strzał i dość nieznośny ból pod łopatkami zaatakował. Ciężko było się schylić do ubierania butów. Ale nic 2 dni i przeszło - jakby się rozeszło. Ale to nie był koniec - wczoraj rano wstałem zmotywowany do biegania (drugiego po tej zimie), wskoczyłem w buty i jazda na zewnątrz. Trochę lało i było tak ze 12 stopni. Oczywiście zero rozgrzewki. Po dziesięciu metrach jak mnie trzaśnie znowu w tym samym miejscu. Ale pobiegłem dalej tyle, że tylko jakieś 3,5 km. Ból trwa do teraz. Ewidentne objawy dziada pradziada. Zawiało mi te plery po wysiłku związanym z dźwiganiem kół.
Te plecy są ostatnim miejscem, które pomimo 4 miesięcznego trenowania dalej mi dokuczają. Wiem - są zepsute przez siedzenie przed kompem. Aktualny ból zaatakował dokładnie w tym miejscu gdzie czasami pojawia się od zwykłego siedzenia. Coś czuje, że same się nie naprawią i możliwe, że trzeba będzie się z nimi udać do jakiegoś lekarza.
A już wydawało się, że jest tak dobrze - nie jest. Na każdym kroku jakieś syfy wychodzą na światło dzienne. Mam nadzieję, że błędy przeszłości i tym razem uda się naprawić.
Bardzo długi weekend dobiega końca i wapno wraca do treningów - z bólem.
Te plecy są ostatnim miejscem, które pomimo 4 miesięcznego trenowania dalej mi dokuczają. Wiem - są zepsute przez siedzenie przed kompem. Aktualny ból zaatakował dokładnie w tym miejscu gdzie czasami pojawia się od zwykłego siedzenia. Coś czuje, że same się nie naprawią i możliwe, że trzeba będzie się z nimi udać do jakiegoś lekarza.
A już wydawało się, że jest tak dobrze - nie jest. Na każdym kroku jakieś syfy wychodzą na światło dzienne. Mam nadzieję, że błędy przeszłości i tym razem uda się naprawić.
Bardzo długi weekend dobiega końca i wapno wraca do treningów - z bólem.
środa, 1 maja 2013
Plan na 5-ty miesiąc
Planowanie jest proste:
Zamiana skakanki w bieganie.
Dzisiaj pierwszy raz po zimie pobiegłem - lękliwe 4,2 km. Z dużym luzem ale nie chciałem przesadzić na początek. Bieganie jest nudne ale jest w tym fajny element walki i to może mnie utrzymać przy bieganiu.
Co do prowadzeń w skałach to mój plan to takie minimum. Oczywiście jak uda mi się zrobić więcej to będzie dobrze. Planuję jednak zachować ilość dróg w takich piramidowych proporcjach od łatwych do trudnych. Czeka mnie zakup ekspresów i zaplanowanie przynajmniej 2 wypadów całodniowych w skałki. Gdy dana piramidka zostanie wykonana następną przesunę o pół stopnia w górę i tak dalej (możliwe, że powiększę podstawę piramidki ale to dopiero po wstępnych eksperymentach i sprawdzeniu jak to idzie).
Z ciekawych doświadczeń muszę wspomnieć o tym, że dopiero dzisiaj dopadły mnie zakwasy po podciąganiach na drążku dwa dni temu. Ciekawe o tyle, że gdy było się młodszym z tego co pamiętam zakwasy łapały mnie na drugi dzień po jakimś intensywniejszym treningu - teraz dwa dni po treningu. Widocznie starość nie radość i coś tam w tych mięśniach się dłużej przekształca. Te sto podciągnięć ostro daje znać o sobie.
- 14 podciągnięć na drążku ciągiem - aktualny rekord to 13
- 125 sekund w zwisie na rurce - aktualny rekord to 121 sekund
- 32 pompki (aktualny rekord to 30)
- przykurcz pełny na lewej ręce przynajmniej przez 4 sekundy - nie udało się w poprzednim miesiącu może w maju się uda
- przejście drogi wycenionej na VI.2 (oczywiście w stylu TR na razie)
- piramidka w podciągnięciach do 8 czyli 64 podciągnięcia w jednym treningu - aktualny rekord to piramidka do 7
- waga 72kg (osiągnąłem 73,9 kg w zeszłym miesiącu)
- przejścia w skałkach: 8 dróg o trudności V, 4 drogi o trudności V+, 2 drogi o trudności VI, 1 droga o trudności VI+ - wszystko z dolną (będzie trudno o OS bo większość tych dróg robiłem 20 lat temu :) ale może coś wyszukam)
- 8 km w bieganiu (aktualny rekord 4,2 km - dzisiaj pierwszy raz pobiegłem)
Zamiana skakanki w bieganie.
Dzisiaj pierwszy raz po zimie pobiegłem - lękliwe 4,2 km. Z dużym luzem ale nie chciałem przesadzić na początek. Bieganie jest nudne ale jest w tym fajny element walki i to może mnie utrzymać przy bieganiu.
Co do prowadzeń w skałach to mój plan to takie minimum. Oczywiście jak uda mi się zrobić więcej to będzie dobrze. Planuję jednak zachować ilość dróg w takich piramidowych proporcjach od łatwych do trudnych. Czeka mnie zakup ekspresów i zaplanowanie przynajmniej 2 wypadów całodniowych w skałki. Gdy dana piramidka zostanie wykonana następną przesunę o pół stopnia w górę i tak dalej (możliwe, że powiększę podstawę piramidki ale to dopiero po wstępnych eksperymentach i sprawdzeniu jak to idzie).
Z ciekawych doświadczeń muszę wspomnieć o tym, że dopiero dzisiaj dopadły mnie zakwasy po podciąganiach na drążku dwa dni temu. Ciekawe o tyle, że gdy było się młodszym z tego co pamiętam zakwasy łapały mnie na drugi dzień po jakimś intensywniejszym treningu - teraz dwa dni po treningu. Widocznie starość nie radość i coś tam w tych mięśniach się dłużej przekształca. Te sto podciągnięć ostro daje znać o sobie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





