poniedziałek, 20 maja 2013

Świąteczne rozpasanie

Komunijne imprezy nie przyczyniają się za bardzo do rozwoju wspinaczkowego. Przeciwnie. Znowu lekkie rozpasanie :). Poważne życie starszego pana nie pozwala na łatwe dochodzenie do celów treningowych. Nastąpił jednak powrót do rzeczywistości i dziad wspinacz wraca myślami do treningu. Jest naprawdę mało czasu aby zrealizować plan na ten miesiąc - wszystko zależy od organizacji nadchodzących dni.

sobota, 18 maja 2013

Ucieczka lidera

Lider rodzinny w zwisaniu na rurce, czując mój oddech na plecach wziął się za zwisanie. Mowa oczywiście o córce, której dotychczasowy rekord wynosił 132 (mój zbliżył się na niebezpieczną odległość - 126 sekund). Trzasnęła dzisiaj 144 sekundy i moja nadzieja na prowadzenie w rankingu rodzinnym znowu została brutalnie zgnieciona. Nie poddam się i kiedyś ją dogonię :).

czwartek, 16 maja 2013

Lęk wysokości

Lęk wysokości jest wbudowany w człowieka niejako genetycznie. W większym lub mniejszym stopniu zależnie od osoby. Ta supozycja nie jest wyssana z palca. Obserwując moje dzieci jak dorastały, naturalnym ich odruchem, absolutnie przez nikogo nie uczonym był lęk przed wysokością. Widziałem to przykładowo przy trochę ponad rocznym dziecku, które schodząc z klatki schodowej ewidentnie unikało tego widoku w dół i raczej samo chciało schodzić od strony ściany (schody były z taką dość szeroką szparą, przez którą widać było dno klatki). Podobnie w innych sytuacjach - tak naturalnie same z siebie lękały się miejsc gdzie była ekspozycja (nawet niewielka). Lękanie się wysokości najpewniej jest pozytywną cechą, umożliwiającą zminimalizowanie niebezpiecznych sytuacji - stąd na drodze doboru naturalnego został on faworyzowany i przetrwał. Przypuszczam, że nie mijam się z prawdą chociaż może być też tak, że niejako podświadomie nauczyłem dzieci lękania się wysokości poprzez ostrzeganie czy też zabieranie dziecka z miejsc potencjalnie niebezpiecznych i tym samym wpoiłem im ten lęk.

A teraz idę poczytać na temat lęku jakieś artykuliki w necie. Zaraz wracam.

A jednak doczytałem, że są badania, które prowadzą do wniosku o genetycznym podłożu lęku wysokości. Byłem i tak zabezpieczony bo przypuściłem sobie dwa rozwiązania stanowiące komplet możliwości w tym temacie :). Na poważnie jednak z tego co widziałem na swoich dzieciach to byłem prawie pewny, że mają ten lęk same z siebie.

Oczywiście na pewno są i tacy, którzy lęku wysokości nie posiadają wcale albo w bardzo niewielkim stopniu. Ja osobiście mam taki średni lęk wysokości ale mam. Oczywiście można przyzwyczaić mózg do tego, że gdy znajdujemy się na wysokości nie czujemy nic - ale to może być długi proces. Z rozmów ze znajomymi wspinaczami prawie u wszystkich występował wzmożony lęk gdy musieli niejako gwałtownie zawisnąć nad przepaścią - tzn gdy np wchodzili od tyłu skały i zakładali wędkę i od razu z góry przywiązywali się do końca liny i musieli zawisnąć na świeżo zamontowanej wędce. Gdy na tą samą wędkę wchodzili z dołu do góry stopniowo to tego lęku na samej górze już nie odczuwali w takim stopniu albo wcale go nie czuli. Mam tak samo. Z mojego doświadczenia wiem, że wtedy gdy mam od razu zjechać z góry i obciążyć świeżo zamontowaną wędkę pojawia się taki jakby brak zaufania do tego co widzę przed oczami - przechodzi mi przez myśl czy na pewno mam ok zawiązany węzeł do uprzęży, czy na pewno lina przechodzi przez karabinek, czy na pewno to stanowisko wędkowe wytrzyma itd. Mam to zawsze. Budzi się sama z siebie taka naturalna wzmożona czujność - aż do przesady. Po kilka razy patrzę na wszystkie elementy tej układanki - węzeł, przelot, ringi w skałach itd i dopiero obciążam linę - gdy wejdę od dołu to już na luzaka obciążam linę - w gruncie rzeczy dziwne to jest i nie do końca wiem dlaczego tak się dzieje.

Ale dlaczego wspominam o lęku wysokości? Ano dlatego, że kto wie - bez niego wspinanie byłoby znacznie mniej pasjonujące. To niby oczywiste. Nie oczywiste jest natomiast w jakim stopniu byłoby mniej pasjonujące. Moim zdaniem w bardzo dużym ale nie aż takim aby ze wspinaczki zrezygnować - przecież spędzamy wszyscy wspinający się godziny na ścianach sztucznych i bulderujemy na niewielkiej wysokości całkowicie bezpieczni, nie czując lęku a mimo wszystko jest to czynność sprawiająca dużą radość i przyjemność. Pomimo braku lęku kontynuujemy wspinanie. Co prawda to wspinanie ma w naszej świadomości ustawiony cel - lepiej łoić prawdziwe drogi w prawdziwych skałach - mimo wszystko cel ten nie powinien być takim wielkim czynnikiem podnoszącym przyjemność wspinaczki bez-lękowej. Pisałem już kiedyś na blogu, że nie wiem jednoznacznie dlaczego wspinaczka jest tak wciągającym zajęciem (oczywiście jest to dość ograniczone stwierdzenie, wielu ludzi nie wciąga się w to i żyje :) ). Może ktoś zna dobrą odpowiedź na to pytanie. Być może tak jak lęk wysokości ma podstawy genetyczne, tak i czerpanie przyjemności ze wspinania je ma. Może jest to walka dwóch cech niejako walczących ze sobą o przetrwanie w trakcie Darwinowskiego doboru naturalnego. Może nawet nie walczących a ciągnących w tym samym kierunku - "wejdź na drzewo i zdobądź to jabłko będziemy mniej głodni niż inni, którzy tam nie wejdą". Z jednej strony za mały lęk wysokości eliminował z drzewa życia osobniki, które ginęły poprzez swoją nonszalancję a z drugiej strony te osobniki, których jednak coś ciągnęło do wspinania mogły zdobyć lepsze pożywienie niedostępne dla tych co nie podejmowali prób wspinaczki. Te dwa parametry "stopień lękliwość" i "czerpanie przyjemności" grały na tych samych skrzypcach genetycznych. Nie przypadkiem rola przyjemności jest tak ściśle związane z rozmnażaniem czyli z tym, co podnosi szanse na przekazanie a tym samym przetrwanie genów. I w przypadku wspinania przyjemność może mieć niebagatelne aczkolwiek bardziej zakamuflowane znaczenie przystosowawcze.




7,2 km

Relacja z biegu:
Dzisiaj dodatkowe 700 metrów. Nie było prosto bowiem pierwszy raz w pełnym słońcu i w upale. Dodatkowo popełniłem błąd i po przyjściu z pracy zjadłem bułkę. Bułka troszkę dała się we znaki w czasie biegu. Następnym razem skok na 8 km i zaliczenie planu w tej kategorii.

Dodatkowo waga zawodnika zaraz po biegu 73,5 kg - pięknie. To nowy rekord jaki widziałem na wadze - poprzedni był 73,9 kg. Teoretycznie jest szansa aby jutro pokusić się o zobaczenie liczby 72 na wadze. Co prawda ważenie zaraz po biegu uwzględniło lekkie odwodnienie - teraz już od strzału ważę z 0,5 kg więcej bo tyle wypiłem płynów. Zobaczymy, może się szarpnę na rekord - ale jutro w takim razie też musiałbym pobiec.

Ciekawe od ilu kilometrów trzeba zabierać napoje na bieganie?

środa, 15 maja 2013

Zwisanie - plan majowy

Relacja z walki na rurce (zwisanie):
Pierwszy punkt z planu na ten miesiąc zrobiony. Dopiero pierwszy. Parametr pod tytułem zwisanie na drążku przesunięty w górę o 5 sekund - 126 sekund. Na razie moc w dalszym ciągu przybywa. Po przedwczorajszej porażce w piramidce do 8 przyda się ten sukces :).


Z innej beczki:

Tak ostatnio wspominałem sobie loty. Ja dziele je na nieświadome i na świadome. Oczywiście można je dzielić na różne sposoby np długie i krótkie. To jednak nie wbiło mi się tak w ich rozróżnianie jak właśnie ich świadomość lub jej brak. Osobiście wolałem paradoksalnie te nieświadome gdy w jakimś bardzo czujnym momencie, na maksymalnym zbułowaniu człowiek sięgał do następnego chwytu i nagle zlatywał. Była to tak krótka chwila, że o niczym nie zdążyło się pomyśleć i już było po wszystkim. Nie przepadałem jednak za lotami gdy byłem już tak zbułowany, że lot był nieunikniony - i wtedy trzeba było skoczyć. Co prawda w skałkowym wspinaniu te loty nie są długie ale zdarzyło mi się być w sytuacji, że pode mną było jakieś 20 metrów a trzeba było skoczyć z pełną świadomością tak z 4 metry w dół (wliczając wysokość nad przelotem, naciąg liny i luz w przyrządzie wraz z szarpnięciem asekuranta). (Wiem, wiem to śmieszne parametry dla ludzi wspinających się w górach wysokich - ale każdy ma swoją Babią Górę do zdobycia :)). Nie lubiłem tego (dlatego pewnie skakania na bungee nigdy nie zaliczę).


Z jeszcze innej beczki:

Sprawdzałem zawiśnięcie w przykurczu pełnym na lewej ręce i już jest tuż, tuż do tego wiekopomnego czynu aby ze 4 sekundy powisieć. Poczułem, że jest lepiej i nie rozgina się tak automatycznie jak wcześniej. Jakby przez moment ręka wytrzymała ale zaledwie jakieś nawet nie całe 0,5 sekundy. Ależ ta lewa ręka w tych przykurczach odstaje od prawej. Ile można walczyć o zawiśnięcie przez 4 sekundy w przykurczu - no ja już chyba ze 3 miesiące.

Tylko rozciąganie

Z braku czasu tylko rozciąganie gnatów i ścięgien. Wydaje mi się, że stoję w miejscu z tym rozciąganiem. Stare kości i ścięgna to i postępy słabe. Za mało rozciągania. Co ja mówię - za mało wszystkiego.

Dokonałem takiego obliczenia, że gdyby robić swojego maxa w trudnościach dróg wspinaczkowych tak o pół stopnia w górę raz na 4 miesiące to zakładając, że aktualnie VI.1 raczej na luzaka przełażę aby dojść do VI.5 trzeba zaledwie 8x4 miesięcy :). Czyli za 32 miesiące jest szansa. Optymista. Niestety proces ten jest nieliniowy i wraz z kolejnym plusikiem w trudności coraz większe odstępy czasowe pewnie się pojawiają na jego osiągnięcie. Ale kto wie, może jest coś w tym prostym obliczonku :).

poniedziałek, 13 maja 2013

Punkt z planu

Nadeszła pora zabrać się za punkty z planu na ten miesiąc (plan majowy). Relacja poniżej.

Relacja z walki na rurce:
Dzisiaj odhaczałem punkt w podciąganiach w piramidce do 8. Wystartowałem. Najpierw lekka rozgrzewka się odbyła.
...
...
...
Po dłuższej chwili: Uff ... Niestety nie dałem rady - doszedłem do 8 potem przy schodzących 7 podciągnięciach doszedłem do 6 podciągnięcia i koniec. Jednak czas 2 minuty pomiędzy kolejnymi seriami nie wystarczył aby wyjść na osiem i zejść w dół. Jeszcze nie wystarczył :).



Muszę się sprężać bo już prawie połowa maja a plan jest jak na moje możliwości ambitny :). Na ścianę dopiero w środę i stąd dzisiejsze działania zaczepne w sprawie rekordów. Nie udało się ale widziałem w trakcie, że do 7 byłoby bez problemu - kiedyś gdy biłem ten rekord to jednak z dużym wysiłkiem. Jednak jest duża różnica po 2 minutach od 7-dmiu robić 6 w porównaniu do 8 i dopiero schodzić w dół.

Następna próba myślę, że za tydzień. W międzyczasie spróbuję rekord w zwisie na drążku.


niedziela, 12 maja 2013

Kaski i obciach

Sprawę kasków i obciachu na skałkach wyśmienicie podsumował mój kumpel. Stwierdził tak "Wiesz, jak robisz V+ i wspinasz się w kasku to możesz odczuwać pewien obciach na skałkach ale jak już machasz VI.6 to wtedy możesz sobie w kasku już na luzaka spacerować". Bardzo trafne. Ja bym do tego dodał, że jak już robisz VI.6 to możesz nawet w kasku górniczym z czołówką się wspinać i w kalesonach :) i o odczuwaniu obciachu nie może być mowy :).

Bardziej poważnie - kask to samo dobro, zmniejsza prawdopodobieństwo groźnych zdarzeń - i jest to niepodważalnym faktem. Nie wykorzystywanie go jest zgodzeniem się na poniesienie dodatkowego ryzyka - czyli do wyboru do koloru. Ryzyko, które ponosimy nie ubierając kasku jest raz mniejsze raz większe - w zależności gdzie się wspinamy. Czy jest to skałkowe szaleństwo czy też wspinaczka w górach. Jeżeli ściana jest idealną płytą ryzyko jest mniejsze niż gdy jest postrzępionym rzęchem. Zależy od tego co jest na szczycie skały - czy jest tam porządek z kamolami czy wręcz przeciwnie bałagan. Czy wspinamy się na ścianie gdzie z boku jest druga ściana, o którą możemy walnąć czy nie. Czy nad nami inni ludzie prowadzą jakieś działania czy nie. I tak dalej i tak dalej - czynników jest wiele i nie sposób ich wszystkich wypisać. Ja nigdy nie wspinałem się w kasku ale nie twierdzę, że jest to inteligentne postępowanie - starałem się jedynie ocenić sytuację co się ze mną stanie gdy polecę przed podjęciem decyzji o wspinaczce w danym miejscu, czy coś mi może na łeb upaść itd. W moich czasach nie spotkałem na skałkach Jury nikogo (poza kursantami) kto wspinałby się w kasku. Ciekawe jak jest teraz - w końcu kiedyś też nikt nie jeździł na rowerze ani na nartach w kasku a teraz stało się to bardzo powszechne (czyżby to marketing producentów sprawił, czy też ludzie tak sami zechcieli zadbać lepiej o swoje bezpieczeństwo?). Teoretycznie jeżdżąc samochodem też podnieślibyśmy swoje bezpieczeństwo wykorzystując kaski ale jakoś cywilizacja jeszcze na to nie wpadła :).

Sprawa jest ciekawa i trochę psychologiczna. Ten element obciachu na pewno gra istotną rolę w tym czy kaski na skałkach się nosi czy nie nosi. W tatrach jakoś nie ma dyskusji - jedzie się i kask jest na czerepie jakby z definicji. Gdyby na skałkach wszyscy nosili kaski to każdy nowy adept wspinaczki też by się temu poddał i najnormalniej w świecie przyjechałby na swoje pierwsze wspinaczki w kasku. Wspinając się baz kasku uznałby być może, że ludzie będą patrzeć na niego jak na wariata :).

Czyli co? Dalej wspinamy się bez kasków na Jurze? Czy też mamy to gdzieś i ubieramy się jak Szturmowcy Imperium z Gwiezdnych Wojen?




Naturalne predyspozycje

Kiedyś za pradawnych czasów byłem uczestnikiem ciekawego zdarzenia. Wszystko działo się w dolinie Bolechowickiej. Jak zwykle pod ścianą zebrała się cała standardowa paczka kumpli i z braku pomysłów na to co by tu robić postanowiliśmy wyszukać jakichś bardzo trudnych chwytów na ścianie. Pod takim okapem po zachodniej stronie Bolechowickiej wynaleźliśmy dwie dość iluzoryczne dziurki na jeden palec. W dodatku były to dziurki niewygodne w takim sensie, że strasznie cięły palca pod obciążeniem. Gdy już obiekt do walki w postaci dwóch dziurek został wyszukany zaczęły się przystawki, kto zawiśnie na tym i podciągnie się chociaż raz. Było to mega trudne (w tym czasie ja i kumpel robiliśmy już Chińskiego) i z tego co pamiętam udało nam się raz na tych chwycikach podciągnąć ale to z grymasem bólu na twarzy itd. To ćwiczenie było tylko przedwstępem do tego co wydarzyło się po chwili. Inny kumpel właśnie przybył do dolinki z jakimś swoim znajomym, który pierwszy raz był w skałach. Tak od słowa do słowa dopytał co my tu ciekawego porabiamy i o dziurkach też się dowiedział. Poprzystawiał się ale nie pamiętam jak mu poszło. Pamiętam natomiast coś co wywarło na mnie niesamowite wrażenie. Znajomy, który przybył z moim kumplem, podszedł do okapiku, wsadził palce w nasze święte dziurki i jakby nigdy nic zawisnął sobie na nich po czym bez najmniejszego problemu podciągnął się w górę. Muszę przyznać, że doznałem szoku - my tu trenujemy, walczymy od 3 lat, pakujemy na różne sposoby a tu takie numery. Nie mogłem w to uwierzyć i przez długi czas podejrzewałem, że to był kit z tym pierwszym razem w skałach. Z drugiej strony jeżeli to nie był kit to gościu miał nierealne predyspozycje do wspinaczki. Miał naturalnie stalowe paluchy i to co dla nas po kilku latach trenowania było skrajem możliwości dla niego nie przedstawiało żadnego problemu.

sobota, 11 maja 2013

6,5 km

Dzisiaj bieg - trochę zwiększony dystans do około 6,5 km. Bez problemów ale jeszcze nie czuję sprężyny w nogach - przy podbiegach pod górę (a mam takich sumarycznie z 1,5 km na trasie) czuję ostro nogi. Niestety zapomniałem sobie zmierzyć czas.

Z działań wspinaczkowych nastąpił zakup 10 ekspresów (8 krótkich , 2 długie) firmy Climbing Technology Lime CF Set Pad ( link ). Nie drogie, na skałki raczej wystarczające. Zakupiliśmy z kumplem te same, jeżeli chodzi o wpinanie się w nie to rewelacja - testowałem sobie na sucho w domu. Do tego zakup liny statycznej bo oczywiście nie będzie tylko prowadzenia w skałkach ale i patentowanie na wędce :).

Zakup w sklepie na A gdzie kiedyś były przygody z kupnem liny :). Sklep mimo wszystko spoko - trochę na nich napsioczyłem na blogu wtedy ale myślę, że w tamtym przypadku było to psioczenie uzasadnione.

Mam już prawie wszystko co niezbędne skałkowemu wspinaczowi. Dokupię jeszcze kilka pomniejszych dupereli ale to już w międzyczasie. Następny tydzień jeszcze lekki trening prowadzeń w sztucznych warunkach i trzeba na skały uderzać aby te wszystkie kilkumiesięczne przygotowania nabrały rumieńców.